Menu

Amatorskie przygotowania pod ultra

Blog o moim bieganiu, przygotowaniach do biegu prawie ultra : tak abym nie musiała znajomych męczyć opowiadaniami, a Ci co chcą mogli poczytać :

Wspomnień czar :) jeszcze 40 dni :)

dorirun

Wzięło mnie dzisiaj na wspomnienia :)

Wróciłam pamięcią do ubiegłego roku i dwóch biegów :)

Odgrzebałam relacje :) eh :) fajnie je pisać, nawet dla samej siebie :)

 

Bieg Herosa -Miraże- 25/07/2015

11698684_989198084466153_6628977039491871424_n

Bieg herosa :-) bieg całkiem inny niż wszystkie, a zatem wyjątkowy i najbardziej wymagający. 10km po pustyni, zero cienia, zero twardej powierzchni do biegania. Bieg w którym każdy postawiony krok był wielkim wyzwaniem, za każdym razem walka z piaskiem o wyciągnięcie nogi. Pogoda była dość kapryśna, pierwsze 5 km w słońcu, upał, piasek rozgrzany na maxa :-) po 3 km moja woda która była zamarznięta stała się tak ciepła ze można było nią kawę zalewać. Kolejne 5 km to burza, deszcz, wiatr. Wydawało się że będzie się lepiej biegło bo chłodniej, piasek nie będzie wsypywać się do butów, a tu kolejna niespodzianka. Piasek przyklejał się do butów, przez co stały się bardzo ciężkie, a nogi nadal zapadły się w piasku.

Ten bieg bardzo uczy pokory i szybko weryfikuje. Bieg w którym nie myśli się o dystansie tylko o tym aby postawić nogę tak aby się nie zapadła. Bieg nie na czas a o przetrwanie.

Wyniki mówią same za siebie, najszybszy zawodnik był na mecie po 52 minutach i jako jedyny złamał godzinę.
Ja dotarłam z czasem 1 godz 37min zajmując 40 miejsce w Open a 6 wśród kobiet.

 

Beskidzka 160 na raty -Piekło Czantori - 21/11/2015

12278920_1664824583802062_2085273909549615858_n

Był post o tym, że startuje w maratonie górskim to i relacje pasuje zrobić �� Juz grubo ponad tydzień wiec na spokojnie mogę napisać co i jak ��
Piateczek przed wyjazdem �� pakowanie, żebym tylko nic nie zapomniała... Zegarek, buty, plecak, buff, węglowodany, rybka, czekolada, BCAA, spodnie, koszulka �� sprawdzam kilka razy, wydaje się że mam wszystko �� wiec w drogę. Kierunek Ustroń. Jadę z moimi podopiecznymi, którzy na co dzień trenują pod moją opieką. Również startują lecz na krótszym dystansie. Śmiejemy się, żartujemy. Pada propozycja żebym zamiast kijków wzięła sobie kule ortopedyczne �� zrobię furorę takim wyposażeniem �� droga mija dość szybko i bezproblemowo. Meldujemy się w pensjonacie (otrzymałam piętrowe łóżko dla siebie) szybkie rozpakowanie i jedziemy odebrać pakiety startowe. Jest już ciemno wiec nie widzimy dokładnie gór po których będziemy już jutro biegać. Tylko wysoko, wysoko w górze świeci się światełko. Jak się domyślam to górna stacja wyciągu na czantori �� pierwsza myśl będzie ostro, ale nikt nie powiedział ze będzie łatwo. W biurze zawodów spokój. Odbieramy pakiety startowe, jemy kolacje i powrót do pensjonatu. Tam najlepsza część przed biegiem �� ładowanie się weglowodanami (czekolada, sernik, cukierki, cocacola) budzik nastawiony wiec pora spać �� łatwo powiedzieć trudniej zrobić. W końcu już za kilka godzin będę biegła swój pierwszy maraton! Za oknem leje niemiłosiernie, tak będzie błoto... Zasypiam, budzę się i tak w kółko. Słyszę jak ktoś wychodzi z pensjonatu. Na pewno ultras �� wariat jakiś �� za chwile dzwoni mój budzik. Wstaje, próbuje zjeść moją rybę... Nie wchodzi mi jedzenie. Ubieram się, przygotowuje sobie węglowodany �� życzymy sobie powodzenia i w drogę na odprawę. Za oknem nadal ciemno, leje deszcz. Obiecałam Sławkowi zdjęcie z widokiem na czantorie... Nie widać nic. Jest godzina 6:15 zaczyna się odprawa. Organizatorzy mówią prosto z mostu, warunki są fatalne... Na dole deszcz a na gorze juz jest 5 cm śniegu. Moja pierwsza myśl akurat... Śnieg jak tutaj leje i jest z 5 stopni na plusie. W międzyczasie informacja ze pierwszy ultras juz zaczyna 2 pentle. Darek jedzie do pensjonatu i za chwilę będzie wracał na swoją odprawę i start. Na maratonie jest nas najmniejsza grupa. Ale spotykam znajomego z biegu w Gorlicach �� myślę sobie fajnie �� nie jestem sama. O godzinie 6:55 idziemy na start. O równej 7:00 ruszamy. Biegniemy początkowo 200 m po płaskim i zaczynamy pierwsze podejście. Idę z tymi kijkami i zaczynam żałować ze je mam... Zanim się obejrzałam a zamiast deszczu pada śnieg ��dogania mnie Bartek i pyta gdzie moje rękawiczki? No jak to gdzie? Zapomniałam �� Po około 1,5 km pierwszy stromy i trudny technicznie zbieg (liście, luźne kamienie, błoto) zbiegam dość ostrożnie i wiem ze jest za wolno. Kontroluje oznaczenia trasy coby nie nadrobić. I słusznie, zauważam jako jedyna ze powinniśmy skręcić w lewo, wołam ciapy co pobiegli za daleko �� żartuje do kolegi ze jestem pierwsza �� zaczyna się fajny zbieg, wiec daje popis moich możliwości, koniec dobrego... Łagodny podbieg ale biegnę dalej bo wiem ze takich momentów będzie bardzo mało, nadal w myślach przeklinam kijki. Zaczynamy wspinaczke w górę, potem świetny zbieg w dół.... Zaczynam lekko odczuwać dyskomfort w prawej nodze, wiec jeszcze przyspieszam. Ostre wzniesienie wiec się wspinam,nie cierpię wchodzic pod górę. Na szczęście nie odczuwam nogi, myślę sobie wydawało mi się �� spoglądam na czas, jest ok wedle moich założeń, cały czas mam kontakt wzrokowy z pierwszą z Pan. Zaczyna się 7 km i kolejny zbieg.... A moja noga zaczyna strajkowac.... Nie jest dobrze ale nadal da się zbiegac choć ból juz jest duży. Patrzę na km i wiem ze zaczynam najdłuższe podejście. Widoki piękne, wszędzie biało �� macham kijkami, noga nie dokucza pod górę,zerkam na zegarek jest Oki, rozmawiam z kilkoma osobami po drodze, mijają mnie pod górę, a w myślach juz wiem ze dogonie ich z górki. Jestem na szczycie, teraz już tylko zbieg do punktu kontrolnego �� na gorze zimno, ok - 5 stopni plus 10 cm śniegu... Biegnę, noga boli, ostry zbieg ale bez kamieni. Doganiam Panów którzy nie ładnie wyprzedzili mnie pod górkę �� jestem na pierwszym punkcie kontrolnym, łapie kubek z ciepłą herbatą i ruszam dalej. Pytam gdzie teraz, sędziowie kierują mnie po schodach na górę �� wychodzę i ukazuje mi się piękny widok... Mam nadzieje ze nikt mnie nie słyszał �� mała czantoria... Wyciągam telefon, dzwonie do Sławka który prowadzi relacje z naszych zmagań. Szybko informuje go o tym ze jestem juz na 12 km i pędze dalej. Wspinaczka pod górę, dalej wzniesienie i idę w miłym towarzystwie Pana, rozmowa toczy się fajnie i szybko mijamy wzniesienie i docieramy do schroniska . Zaczynam biec... I kończę szybciej niż zaczęłam! Moja noga się nie prostuje! Boli! A wiem ze za chwile kolejny zbieg �� Patrze na zegarek, Darek z Lila wystartowali �� trzymam kciuki za nich ale ja zostałam bez nogi. Zaczyna się zbieg. Próbuje zbiegac... Boli niemiłosiernie... Jakoś idzie... Wiem ze teraz dwa najdłuższe zbiegi mnie czekają.... Zbiegi na których miałam nadrabiać moją nieudolna wspinaczke pod górki. Pierwszy zbieg okazuje się stromy i mega trudny. Większość osób schodzi a nie biegnie. Kamienie wymieszane z błotem i liśćmi plus w gratisie gałęzie �� koniec, zaczynam wchodzić pod ostatnią górę przed punktem kontrolnym. W czasie wspinaczki wiem już ze nie będę w stanie kontynuować biegu, podejmuje decyzję i schodze na punkcie. Wspinam się i widzę organizatorów którzy na samym szczycie kibicuja wszystkim i zachęcają do dalszej walki. Od nich dowiaduje się ze mam 7 min straty do 3 dziewczyny i wszystko da się nadrobić.... Ta nadrobić... Tylko ze ja chcę już zakończyć ten bieg. Oj żeby te kijki były moje to ja bym wam pokazała ze jest moc i nie widać zmęczenia �� ostatni zbieg... Ślisko, stromo,bloto i śnieg. Boli! Łzy same się cisną �� nie ukończe tego. Przebiegam przez punkt pomiarowy. Dobra, koniec �� podchodzi do mnie inny biegacz, który biegł za mną. Widzę że masz problemy z nogą ( mistrz świata normalnie) chwila rozmowy, w miedzy czasie wypijam sok i jem pomarańcze i nie mam pojęcia dla czego zaczęłam druga pętle! Wyciągam telefon, Podsyłam zdjęcie i pisze krótką informacje ze zaczęłam drugą pętle, noga odmawia posłuszeństwa i ze prawdopodobnie nie ukończe. W odpowiedzi dostaje piękne słowo WALCZ! Wtedy faktycznie zaczęła się walka.... Nie tylko z ogromnym bólem ale również w głowie. Walczę idę pod górę, później zbieg.... Biegnę dobre 3 metry i łup... Leżę.... Noga uciekła..
Nie utrzymuje juz mnie... Podnoszę się, patrzę w górę i przez chwilę myślę wracam.. To bez sensu! Mija mnie już znajomym pan i mówi żebym pytała o tabletki przeciwbólowe, trochę mi pomoże a przecież to jeszcze 21 km (no eureka to ze 21 to i ja wiem ale o tabletkach nie pomyślałam, a pan mądry mógł o tym wspomnieć na punkcie a nie juz na trasie ��) no dobra wracać się nie będę.... Dojdę do punktu i tam schodze. Pisze moje postanowienie do Sławka, raczej szczęśliwy nie był... Kolejne km to już tylko moje przemyślenia.... Zaczynam rozumieć osoby które chcą coś zrobić a nie mogą z powodu choroby, kontuzji, ograniczeń fizycznych... Jest ciężko.... Do tego biegu włożyłam najwięcej przygotowań, przygotowałam się świetnie kondycyjnie pamiętając treningi z moimi treneremi (pozdro Piotruś i Mati ��) w głowie mam też wyczyn z Krynicy Sławka który startował w Iron Run i ukończył.... Tyle km przejechanych żeby teraz nie ukończyć przez głupią kontuzje... Przelicza limity.... Jeśli do punktu dotrę do godziny 14 idę dalej Mam do 17 czas! Jak nie dobiegne to się doczołgam! Patrze na zegarek jest 13 a mam tylko ostatnie zejście, idę wiec zaczyna robić mi się coraz chłodniej, temperatura spadła jeszcze niżej... Tuż przed punktem dzwonie ze idę dalej. Mam jeszcze 3,30h na pokonanie 10 km. Docieram do punktu kontrolnego. Pytam o tabletki, nie mają �� jeden z zawodników mówi ze ma tylko są bardzo mocne (moja pierwsza myśl to dawaj pan dwie) po aplikacji wyruszam dalej... Nie ma co się ociagac! Jak ja kocham te kijki! Pokonuje wzniesienie, jestem przy schronisku i tak jakby trochę było lepiej, ale nie da się biegać! Na chwile odrywam się od biegu i obserwuje jak to nasi sąsiedzi Czesi idą bardzo zmęczeni i turlaja się w śniegu �� uśmiech na twarzy pojawił mi się chodz przez chwile. Zaczyna się zbieg. Biegnę z wyprostowana noga, tak aby jej nie zginac, ale wredne kamienie co chwile ją urazaja wywołując ogromny ból! Zmieniam technikę i biegnę krokiem dostawnym ���� ja biegnę! Może nie szybko ale da się �� tak Docieram do podejścia �� było ono ostatnim przed wspinaczka do mety, idę dość szybko, ale co to??? Taki bunt? Ze nawet już pod górę noga moja nie chce iść? A no nie chce! Skoro tak to plan B. Lewa idzie a prawa tylko dostawiam. Docieram tym sposobem na górę. Dowiaduje sie wtedy ze Darek i Lila dotarli do mety i zmiescili się w limicie! A ja mam jeszcze tylko zejście w dół i wspinaczka. Ostatni zbieg to było przekleństwo... Nie byłam w stanie nic pobiedz. Docieram pod ostatnią prostą, pionową skałę o długości 1400 m mam godzinę do końca limitu. Zaczyna robić się ciemni, a ja nie mam latarki. Wspinam się a góra nie ma końca... Noga juz nie działa od dawna, teraz tylko się modlę aby druga wytrzymała takie obciążenie. Docieram na górę, patrzę na czas 9:42:37 Udało się! Ukończyłam mój pierwszy maraton! Pisze eska ze ukończyłam �� tylko mały problem bo z tej góry trzeba jeszcze zejść! Czekają na mnie na dole.

Podsumowanie może być tylko jedno:
Wiara czyni cuda, a mając wsparcie innych osób można dokonać wszystkiego.

 

Było jeszcze kilka biegów, które były mega przeżyciem :) w sumie każdy bieg mnie czegoś nauczył i uczy nadal.

A tym czasem czas ucieka :) jeszcze 40 dni :) a chciałabym już :D

 

© Amatorskie przygotowania pod ultra
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci